Przykładowo wypełniony protokół powypadkowy 

Wino – to jest to!

Temat: Link do artykułu
Opowiem Wam histoię...
...historię o grupie kapitałowej PŻM której też własnością jest spółka Unity Line, i która to grupa roztacza na całe swe przedsiębiorstwo opiekuńczą politykę personalną, otóż było tak, masowiec m/s "Pilica" należącym do Polskiej Żeglugi Morskiej z ładunkiem zboża płynął z Nowego Orleanu do Algierii. Wtedy, w czwartek 29 stycznia 2004 roku znajdował się w rejonie Wysp Bahama, gdy za burtę wypadł steward 55-letni Ryszard S, 22 godziny spędził w Oceanie Atlantyckim, dotychczas nikt nie przeżył tyle czasu w morskim akwenie bez szalupy, koła ratunkowego, czy chociaż kawałka deski, w dodatku w rejonie pełnym rekinów. Na masowcu nieobecność stewarda zauważono dopiero w czasie kolacji. Przeszukano statek, ogłoszono alarm "człowiek za burtą" i rozpoczęto akcję poszukiwawczą na morzu. Ostatnią osobą, która widziała Ryszarda S. był kadet. Steward był typem samotnika, więc dlatego nikogo nie zdziwiła wcześniej jego nieobecność - mówi kpt. Krzysztof Talarowski, dowódca "Pilicy". W czasie wolnym często sam przebywał w kabinie, dużo czytał, rzadko oglądał telewizję. Był dobrym pracownikiem, sumiennie wykonywał swoje obowiązki. O poszukiwaniach powiadomiono amerykańską stację brzegową i wszystkie statki przepływające w tamtym rejonie. W Szczecinie armator powiadomił żonę stewarda o zaginięciu męża. Zapewniał, że cały czas trwa akcja poszukiwawcza. Zofia S. była w szoku. Córka rozpaczała. Uratowała go załoga amerykańskiego jachtu "Geronimo", był 30 stycznia, dochodziła dziesiąta rano. Znaleziono go 70 km od miejsca, w którym wypadł. Najpierw przetransportowano stewarda do szpitala w Great Harbor Marina na jednej z wysp, a potem motorówką zawieziono na statek. W Szczecinie w mieszkaniu stewarda zadzwonił telefon. Zofia usłyszała, że jej mąż żyje, zdrowy i cały jest ponownie na statku. Po paru dniach statkowa komisja złożona z kapitana, chiefa oficera i mechanika sporządziła protokół. Wyraźnie w nim napisano, że wypadnięcie stewarda za burtę było wypadkiem przy pracy. Jednocześnie steward podpisał takie oświadczenie: "Wypadnięcie za burtę statku było wyłącznie moją winą i z związku z tym nie wnoszę i nie będę wnosił żadnych roszczeń w stosunku do kapitana, armatora oraz członków załogi". - Podsunęli to podpisałem - mówi steward. - Nawet się nad tym nie zastanawiałem. - To ja zasugerowałem stewardowi podpisanie takiego oświadczenia - przyznaje kpt. Talarowski. - Reprezentowałem w tym momencie interesy armatora. Pod koniec marca Ryszard S. zmustrował z "Pilicy". Był przekonany, że w domu odpocznie i wróci na kolejny statek. W końcu spędził na morzu 30 lat i nadal bardzo chciał pływać. Tymczasem nie mógł się pozbyć koszmarnych snów i narastającego lęku przed wodą. Zaczął się leczyć. Leczy się do dziś. Wskutek wypadku cierpi na przewlekłą reakcję adaptacyjną lękowo - depresyjną. Jest na rencie. Do emerytury zostało mu pięć lat. Gdy skończyło się zwolnienie lekarskie, w kwietniu 2005 roku armator zwolnił go z pracy. Na pamiątkę dostał zegarek i dyplom, w którym napisano, że "sumiennym wypełnianiem obowiązków służbowych wniósł istotny wkład w rozwój PŻM".W pół roku po zdarzeniu, dwuosobowa komisja PŻM (kierownik sekcji bhp i zakładowy inspektor pracy ) sporządziła protokół powypadkowy, w którym napisano, że "wypadnięcie stewarda za burtę statku nie jest wypadkiem przy pracy, a znalezienie się go za burtą zostało spowodowane celowym działaniem stewarda". - Kilkanaście lat pływałem i nie wierzę, że można przy dobrej pogodzie, ot tak poślizgnąć się i wylecieć z burtę - mówi Jan Landsberg kierownik sekcji bhp. - Może był pod wpływem alkoholu, gdy wypadał. Moim zdaniem steward chciał popełnić samobójstwo. - Oni od razu zrobili ze mnie pijaka i samobójcę - denerwuje się Ryszard S. - Byłem w szoku, gdy czytałem ten protokół. Żaden z tych panów wcześniej ze mną nie rozmawiał. Napisałem odręcznie swoje uwagi. Jeśli wyskoczył w celach samobójczych, to dlaczego potem przez 22 godziny tak desperacko walczył o życie? - Bo prawdopodobnie w zetknięciu z wodą nastąpił szok i odmieniło się nastawienie do życia - odpowiada psycholog PŻM Józef Piłasiewicz. - Występuje odruch ratowania się przed śmiercią. Badałem tego pana. Moim zdaniem obecnie nie nadaje się do pracy na morzu.
Mało tego w/w inspektora pracy wybrano później na przewodniczącego Zakładowej Komisji Wyborczej a następnie jako członka władz zakładowych Związku w PŻM na lata 2006-2010.
Protokół komisji armatora jest zupełnie inny od tego jaki tuż po wydarzeniu sporządziła komisja statkowa. Ale ważny jest tylko ten armatorski. Taki dokument przekreślił możliwości uzyskania przez stewarda odszkodowania za wypadek przy pracy. mec. Alina Łuczak. - skierowałam sprawę do sądu, ponieważ armator zachowuje się skandalicznie, nie odpowiada na nasze pisma. Stało się nieszczęście a on odsyła nas do zagranicznej spółki na Cyprze. Zamiast podjąć dialog, to niczym struś chowa głowę w piasek. Tą spółką jest Cyfadaco Shipmanagement. Powstała w latach 90. i jest stuprocentową własnością PŻM. Zajmuje się zatrudnianiem załóg na statkach PŻM pływających pod wygodnymi banderami. Kieruje nią czteroosobowy zarząd. Jednym z dyrektorów jest Wojciech Kufel, będący jednocześnie szefem biura personalno-administracyjnego PŻM. Prawnikowi odpisał: "PŻM nie posiada upoważnienia do odbioru pism przeznaczonych dla Cyfadaco, ani też nie posiada legitymacji biernej do wystąpienia w niniejszej sprawie. Prosimy nie kierować korespondencji dla Cyfadaco na adres PŻM". - Nie pamiętam kto jest jeszcze w zarządzie - przyznaje Wojciech Kufel. - Na pewno jakiś Cypryjczyk. Oczywiście pozwać należy Cyfadaco, bo to oni zatrudnili stewarda a nie PŻM. Zresztą nie powinno być z tym problemów. Jesteśmy przecież w UE i krajowe sądy mogą rozpatrywać sprawy krajów unijnych. To przykład wyjątkowej arogancji armatora - mówi kpt. Andrzej Jaśkiewicz, inspektor ds. roszczeń ITF. - Jak można w ten sposób odwrócić się od pracownika. Najpierw PŻM wydaje krzywdzącą opinię, mimo że nie ma żadnych dowodów, że to było samobójstwo. A potem przekonuje, że to nie jest sprawa armatora. Zaś skierowanie prawnika do Cyfadaco brzmi tak samo jak propozycja „pisania na Berdyczów”. W sądzie to PŻM powinna być stroną, a nie jakaś cypryjska spółeczka. I to już koniec tej tragikomicznej opowieści, ale nie smućcie się firma bezustannie pracuje nad nowymi scenariuszami do podobnych opowieści i jeszcze niejednokrotnie zaskoczy was a może właśnie zaskakuje kogoś, kto wie ? taka niekończąca się opowieść... Więc moi drodzy morał z tego taki, nie popełniajcie samobójstwa wyskakując za burtę statku (PŻM) bo popadniecie w alkoholizm.

Źródło: shiplovers.pl/viewtopic.php?t=6100



Temat: Link do artykułu
...historię o grupie kapitałowej PŻM której własnościa jest spółka Unity Line, i która to grupa roztacza na całe swe przedsiębiorstwo opiekuńczą politykę personalną, otóż było tak, masowiec
m/s "Pilica" należącym do Polskiej Żeglugi Morskiej z ładunkiem zboża płynął z Nowego Orleanu do Algierii. Wtedy, w czwartek 29 stycznia 2004 roku znajdował się w rejonie Wysp Bahama, gdy za burtę wypadł steward 55-letni Ryszard S,
22 godziny spędził w Oceanie Atlantyckim,dotychczas nikt nie przeżył tyle czasu w morskim akwenie bez szalupy, koła ratunkowego, czy chociaż kawałka deski, w dodatku w rejonie pełnym rekinów.
Na masowcu nieobecność stewarda zauważono dopiero w czasie kolacji. Przeszukano statek, ogłoszono alarm "człowiek za burtą" i rozpoczęto akcję poszukiwawczą na morzu. Ostatnią osobą, która widziała Ryszarda S. był kadet.Steward był typem samotnika, więc dlatego nikogo nie zdziwiła wcześniej jego nieobecność - mówi kpt. Krzysztof Talarowski, dowódca "Pilicy".W czasie wolnym często sam przebywał w kabinie, dużo czytał, rzadko oglądał telewizję. Był dobrym pracownikiem, sumiennie wykonywał swoje obowiązki.
O poszukiwaniach powiadomiono amerykańską stację brzegową i wszystkie statki przepływające w tamtym rejonie.W Szczecinie armator powiadomił żonę stewarda o zaginięciu męża. Zapewniał, że cały czas trwa akcja poszukiwawcza. Zofia S. była w szoku. Córka rozpaczała.Uratowała go załoga amerykańskiego jachtu "Geronimo", był 30 stycznia, dochodziła dziesiąta rano.Znaleziono go 70 km od miejsca, w którym wypadł. Najpierw przetransportowano stewarda do szpitala w Great Harbor Marina na jednej z wysp, a potem motorówką zawieziono na statek.
W Szczecinie w mieszkaniu stewarda zadzwonił telefon. Zofia usłyszała, że jej mąż żyje, zdrowy i cały jest ponownie na statku. Po paru dniach statkowa komisja złożona z kapitana, chiefa oficera i mechanika sporządziła protokół. Wyraźnie w nim napisano, że wypadnięcie stewarda za burtę było wypadkiem przy pracy. Jednocześnie steward podpisał takie oświadczenie: "Wypadnięcie za burtę statku było wyłącznie moją winą i z związku z tym nie wnoszę i nie będę wnosił żadnych roszczeń w stosunku do kapitana, armatora oraz członków załogi".
- Podsunęli to podpisałem - mówi steward. - Nawet się nad tym nie zastanawiałem. - To ja zasugerowałem stewardowi podpisanie takiego oświadczenia - przyznaje kpt. Talarowski. - Reprezentowałem w tym momencie interesy armatora. Pod koniec marca Ryszard S. zmustrował z "Pilicy". Był przekonany, że w domu odpocznie i wróci na kolejny statek. W końcu spędził na morzu 30 lat i nadal bardzo chciał pływać. Tymczasem nie mógł się pozbyć koszmarnych snów i narastającego lęku przed wodą. Zaczął się leczyć. Leczy się do dziś. Wskutek wypadku cierpi na przewlekłą reakcję adaptacyjną lękowo - depresyjną. Jest na rencie. Do emerytury zostało mu pięć lat. Gdy skończyło się zwolnienie lekarskie, w kwietniu 2005 roku armator zwolnił go z pracy. Na pamiątkę dostał zegarek i dyplom, w którym napisano, że "sumiennym wypełnianiem obowiązków służbowych wniósł istotny wkład w rozwój PŻM".W pół roku po zdarzeniu, dwuosobowa komisja PŻM (kierownik sekcji bhp i zakładowy inspektor pracy) sporządziła protokół powypadkowy, w którym napisano, że "wypadnięcie stewarda za burtę statku nie jest wypadkiem przy pracy, a znalezienie się go za burtą zostało spowodowane celowym działaniem stewarda".
- Kilkanaście lat pływałem i nie wierzę, że można przy dobrej pogodzie, ot tak poślizgnąć się i wylecieć z burtę - mówi Jan Landsberg kierownik sekcji bhp. - Może był pod wpływem alkoholu, gdy wypadał. Moim zdaniem steward chciał popełnić samobójstwo.
- Oni od razu zrobili ze mnie pijaka i samobójcę - denerwuje się Ryszard S. - Byłem w szoku, gdy czytałem ten protokół. Żaden z tych panów wcześniej ze mną nie rozmawiał. Napisałem odręcznie swoje uwagi. Jeśli wyskoczył w celach samobójczych, to dlaczego potem przez 22 godziny tak desperacko walczył o życie?
- Bo prawdopodobnie w zetknięciu z wodą nastąpił szok i odmieniło się nastawienie do życia - odpowiada psycholog PŻM Józef Piłasiewicz. - Występuje odruch ratowania się przed śmiercią. Badałem tego pana. Moim zdaniem obecnie nie nadaje się do pracy na morzu.
Protokół komisji armatora jest zupełnie inny od tego jaki tuż po wydarzeniu sporządziła komisja statkowa. Ale ważny jest tylko ten armatorski. Taki dokument przekreśł możliwości uzyskania przez stewarda odszkodowania za wypadek przy pracy.
mec. Alina Łuczak. - skierowałam sprawę do sądu, ponieważ armator zachowuje się skandalicznie, nie odpowiada na nasze pisma. Stało się nieszczęście a on odsyła nas do zagranicznej spółki na Cyprze. Zamiast podjąć dialog, to niczym struś chowa głowę w piasek.
Tą spółką jest Cyfadaco Shipmanagement. Powstała w latach 90. i jest stuprocentową własnością PŻM. Zajmuje się zatrudnianiem załóg na statkach PŻM pływających pod wygodnymi banderami. Kieruje nią czteroosobowy zarząd. Jednym z dyrektorów jest Wojciech Kufel, będący jednocześnie szefem biura personalno-administracyjnego PŻM.
Prawnikowi odpisał: "PŻM nie posiada upoważnienia do odbioru pism przeznaczonych dla Cyfadaco, ani też nie posiada legitymacji biernej do wystąpienia w niniejszej sprawie. Prosimy nie kierować korespondencji dla Cyfadaco na adres PŻM".
- Nie pamiętam kto jest jeszcze w zarządzie - przyznaje Wojciech Kufel. - Na pewno jakiś Cypryjczyk. Oczywiście pozwać należy Cyfadaco, bo to oni zatrudnili stewarda a nie PŻM. Zresztą nie powinno być z tym problemów. Jesteśmy przecież w UE i krajowe sądy mogą rozpatrywać sprawy krajów unijnych.
To przykład wyjątkowej arogancji armatora - mówi kpt. Andrzej Jaśkiewicz, inspektor ds. roszczeń ITF. - Jak można w ten sposób odwrócić się od pracownika. Najpierw PŻM wydaje krzywdzącą opinię, mimo że nie ma żadnych dowodów, że to było samobójstwo. A potem przekonuje, że to nie jest sprawa armatora. Zaś skierowanie prawnika do Cyfadaco brzmi tak samo jak propozycja pisania na Berdyczów. W sądzie to PŻM powinna być stroną, anie jakaś cypryjska spółeczka.
I to już koniec tej tragikomicznej opowieści, jak się skończyła możecie się domyślać,ale nie smućcie się firma bezustannie pracuje nad nowymi scenariuszami do podobnych opowieści i jeszcze niejednokrotnie zaskoczy was a może właśnie zaskakuje kogoś,kto wie ? taka niekończąca się opowieść...
Więć moi drodzy morał z tego taki, nie popełniajcie samobójstwa wyskakując za burtę statku bo popadniecie w alkoholizm.
Źródło: shiplovers.pl/viewtopic.php?t=6046


© 2009 Wino – to jest to! - Ceske - Sjezdovky .cz. Design downloaded from free website templates